Dariusz G
Nareszcie uda się dostać do Uki Uki – zakrzyknąłem triumfalnie w duchu widząc, że w niedzielne wczesne popołudnie kolejka chętnych do wejścia jest bardzo mała. Stanęliśmy zatem i my, już parę minut później byliśmy w środku, a tam… zgiełk, tłok, upchane stoliki i obsługa wyczekująca, aż klienci skończą posiłek, aby móc szybko posadzić kolejnych. Atmosfera niemal jak w mleczaku z „Misia” Barei. A jak z jedzeniem? Sashimi z łososia – zupełnie bez wyrazu, ryba o niemal niewyczuwalnym smaku, do tego podana z dodatkami, które niczego nie wniosły, w tym również sporą kulką wasabi, która chyba miała za zadanie nadać temu jakiekolwiek walory. Nijak nie było czuć tego, co w sashimi najważniejsze, dlatego ta przystawka kompletnie nie jest warta uwagi. Gyoza – tu już lepiej, przyjemny farsz, dobre, elastyczne ciasto, a odrobina sosu podkreślała doznania. Warto. Tantan udon – dobra i prosta kompozycja mięsa, pikantnego sosu, jajka i odrobiny wodorostów, do tego jędrny, nieprzegotowany makaron. Smacznie, ale po dłuższym spożywaniu robi się dość nudno, a jednostajność smaku woła o jakieś wyraźniejsze przełamanie. Wegański ramen – hit tego posiłku, ramen, który choć nie zawiera ani odrobiny mięsa, smakuje jak najlepszy wywar i może śmiało konkurować z klasykami. Gama smaków jest tu naprawdę potężna, intensywna, umamiczna i nie zawodzi w najmniejszym stopniu. To danie sprawiło, że uczucie zawodu całością wrażeń, stało się jakby mniejsze. Bo muszę przyznać, że pewien zawód jednak jest. Mnóstwo dobrych opinii, recenzji, reklamy, długie kolejki zawsze stojące pod wejściem – a doznania choć przyzwoite, to jednak nie zniewalają. Tym samym wiedząc co naprawdę Uki Uki podaje klientom, chyba już nie poczuję potrzeby sterczenia pod bramą tego przybytku.



